Radzionkowskie rody: Strzykałowie

maj 12, 2011
By Piotr

Anna Strzykała prezentuje kwiatyZ pewnością czytelnicy pamiętają czasy, kiedy w radzionkowski krajobraz wpisane były furmanki, zaprzężone w konie, wiozące słomę, ziemniaki i inne płody rolne oraz węgiel lub drzewo na opał z kopalni. Latem ulicami przejeżdżały drabinioki, pełne pachnącego siana. Za furmankami biegły dzieci, szczególnie chłopcy, którzy uwielbiali się na nich wieszać, niezauważone przez furmana. Gdy ich zauważył, krzyczał i odganiał biczem, nie ze złości ale z troski, by im się nic nie stało. Jaka to była „uciecha” przejechać się chociażby kawałek drogi. Na ulicy było spokojnie i bezpiecznie. Tylko sporadycznie przejechał ulicą jakiś samochód osobowy. 

O godzinie 15 wracali na rowerach górnicy z kopalni. Jednym z gospodarzy, do którego furmanki był zaprzęgnięty biały koń Siwek, był Stanisław Strzykała- Stanik, radzionkowski rolnik z ulicy Krasickiego- człowiek skromny i prawy i bardzo pracowity.

Przedstawiam czytelnikom sagę jego rodu, aby pokłonić się rolniczej pracy, trudnej i mozolnej, pracy, którą wyznaczają pory roku, pracy, która jest niezapłacona, ale i bardzo wdzięczna, bo efektem są płody rolne, tak ważne dla ludzi.

Stanisław Strzykała-nestor i żona Rozalia z domu Piech

Ślub Anny i StanisławaPamięć potomnych nie sięga za daleko. Teść Stanisław Strzykała i teściowa Rozalia poznali się w Niemczech- mówi prawie osiemdziesięcioletnia Anna Strzykała- żona Stanisława seniora (urodzona 1 czerwca w Dzień Dziecka, którego w tamtych czasach nie obchodzono). Rozalia z rodu Piechów pochodziła z Olesna. Musiała wyjechać na przymusowe roboty i tam właśnie poznała Stanisława, który pochodził spod Poznania. Po powrocie do Polski pobrali się i zamieszkali w Radzionkowie. Mieli małe gospodarstwo rolne. Doczekali się dwójki dzieci Marii i Stanisława. Stanisław już jako dziecko był pomocny rodzicom. Mieli oni małe gospodarstwo i zaszczepili w nim zamiłowanie do pracy w polu. Córka Maria wyszła za mąż za Ryszarda Urbańczyka z Radzionkowa. Mieli troje dzieci: Klarę, Józefa i Edmunda.

Stanisław Strzykała-senior i żona Anna z rodu Kopytto

Żona nieżyjącego już Stanisława- Anna pochodzi z Biskupic-niewielkiej wsi koło Olesna. Cała wioska była niczym jedna rodzina, gdyż nazwisko Kopytto pojawiało się niemal w każdym domu-mówi Anna. W jej ręku obrazek (metaloplastyka) a na nim drewniany kościółek św. Jadwigi. Od lat zajmuje on stałe miejsce na ścianie pokoju stołowego, ale głównie w sercu Anny, bowiem tam została ochrzczona, otrzymała pierwszą Komunie święta, była bierzmowana i wzięła ślub. Mimo, iż Anna już dawno mieszka w Radzionkowie z wielkim sentymentem opowiada o kościółku swego dzieciństwa i młodości i chętnie tam powraca.

Jak Anna znalazła się w Radzionkowie?

Przyjechała tutaj do pracy. Została przyjęta do Strzykałów na gospodarstwo do pomocy. Była to piękna, młoda dziewczyna radosna i bardzo pracowita. Syn gospodarzy Stanisław nie spuszczał jej z oczu. Zaczęli się umawiać i „chodzić” ze sobą. Gdy matka Anny dowiedziała się o tym, zakazała córce pracować u Strzykałów, bo tak młodej dziewczynie nie przystało. Wysłała ją na służbę do pewnego lekarza w Katowicach. Tam Anna pracowała jako pomoc domowa. Stanisław nie przestał interesować się dziewczyną. Odwiedzał ją raz w miesiącu. Miłość przetrwała te trudności. Stanik, bo tak go nazywano, po roku znajomości oświadczył się swojej wybrance i dnia 11 lipca 1950 roku wzięli ślub w drewnianym kościółku w Biskupicach. Stanisław mieszkał u państwa Dolibóg ( na ul. Wojciecha). Po ślubie kupił stary dom na ul. Męczenników Oświęcimia i wyremontował go, aby razem z żoną mogli tam zamieszkać. Jak już wspomniałam ślub odbył się w lipcu. Dla rolnika to czas żniw. Pytam Annę: jak spędziliście pierwsze dni po ślubie, Anna odpowiada – w podróż poślubną udaliśmy się… na pole, na żniwa. Każdy dzień, każda chwila w pracy rolnika była ważna i należało tak pracować, jak dyktuje natura. Żniwa były ważne dla rolnika i nie można było ich przegapić. A rąk do pracy było trzeba. Anna znała się na roli i kochała swoje zajęcie. Od 1960 roku Strzykałowie zaczęli budowę nowego domu. Wejście do nowego domu znajdowało się od strony ulicy Krasickiego, w przeciwieństwie do starego domu, do którego wchodziło się z ulicy Męczenników Oświęcimia. Już po trzech latach intensywnej pracy dom był gotowy. Zamieszkali w nim z czwórką swoich dzieci. Najmłodsza Małgorzata urodziła się jeszcze w starym domu. Cóż to była za radość zamieszkać we własnym domu, zbudowanym własnymi rękoma. Stary dom zamienił się na stodołę dla krowy, konia, świń, kur, kóz i koźlątek. Wszyscy dostąpili wygody. Stanisław Strzykała nabył pole w wyniku parcelacji. Spłacał je 20 lat. Uprawiał na nim, zboże, ziemniaki, kapustę . Miał też konia i furmankę. Zawsze na podwórku Strzykałów był pies i koty. Poza pracą na polu by tez zatrudniony w PRG Bytom, jako górnik strzałowy. Praca na roli nie wystarczyła, aby utrzymać sześcioosobową rodzinę i jeszcze wybudować dom. Dlatego musiał pracować na kopalni. Chodził na nocne „szychty”, żeby w dzień pracować na polu. To było ponad siły, ale dzielny Stanik dawał radę. To był człowiek stworzony do tego, by pracować. Hart ducha powodował, że wszystko było dla niego do zrealizowania. Miał też ochotę na uśmiech i żart. Praca była jego pasjonującym hobby, a nie tylko powinnością. Jednak jego organizm nie wytrzymał. Stanisław miał bardzo słaby wzrok i musiał zaprzestać pracę w kopalni. Poszedł na wcześniejszą emeryturę.

Potem miał wylew. Ostatnie dziesięć lat życia cierpiał. Nie był już tak sprawny, jak dawniej, ale ćwiczył, aby móc się poruszać. Nie chciał się poddać. Zabierał swój dwukołowy wózek, kosę i sierp i jechał na pole, z którym był związany silnymi więzami. Zawzięty i zacięty, szedł resztkami sił, by kosić trawę. Był usatysfakcjonowany, że chociaż trochę może zrobić.

Praca na roli to ciężka robota, gdy końca się nie widzi.- wspomina Anna. Od rana do południa, od południa do wieczora. Po powrocie z pola należało zaopatrzyć „gadzinę”, potem zająć się dziećmi. Późnym wieczorem trzeba było zrobić pranie. Anna była bardzo zmęczona, a tu dopiero dzień się w domu zaczynał. Dopiero o godzinie drugiej w nocy kładła się do snu. Rano wcześnie należało wstać, by dzieci wyporządzić do szkoły i…znów wszystko zaczynało się od nowa.

Stanisław zmarł po dziesięciu latach choroby, jeden dzień po swoich urodzinach, dnia 11 sierpnia. Miał 79 lat. Umarł człowiek wyrobiony na kopalni i gospodarstwie. W stodole pozostał jego biały koń Siwek. Żona musiała go sprzedać. Stanisław lubił konie. Często je zmieniał. Zawsze chciał mieć dobrego konia i jeżeli któryś nie sprawdzał się, wymieniał go na innego. Córka Krystyna mówi, że tata zmieniał konie, jak ludzie dziś zmieniają samochód. Chciał mieć dobrego konia do pracy. Koń nie tylko pracował w polu, ale również woził ludziom węgiel. Musiał więc być silny.

Córka Krystyna wspomina o tym, że kiedy dziecko chorowało na koklusz, lekarz zalecił przebywanie w stodole, gdzie jest koń, by tam głęboko oddychać. Po takiej „terapii” choroba miała ustąpić. Dlatego do Strzykałów przychodziły czasem mamy z dziećmi. Ponoć też byłam poddana takiej terapii, gdy zachorowałam na koklusz.

Czwórka dzieci Strzykałów

Młodzi doczekali się czwórki dzieci. Jako pierwszy przyszedł na świat Jan, potem Krystyna, Maria i Małgorzata. Strzykałowie byli zadowoleni. Rodzina się powiększyła. Gdy dzieci podrosły towarzyszyły rodzicom w przeróżnych pracach w polu, ale nie tylko. Krystyna wspomina o tym, że dzieci były bardzo przydatne w momencie oczekiwania furmanki ze zbożem w kolejce do młockarni. Dzieci czekały nieraz wiele godzin. Po wymłóceniu zboża nieraz nad ranem wracały do domu. Potem trzeba było wybrać się do szkoły. Jak bardzo były zmęczone, wiedziały same. Dzielnie przetrzymywały ten okres i nie narzekały, bo przecież trzeba było pomóc rodzicom. Pomagaliśmy, na ile szło- konkluduje Krystyna.

Jan i Maria z rodu Zaremba

Pierworodny syn Jan skończył Technikum Ogrodnicze w Bielsku Białej. Ożenił się z Marią Zarembą. Wybudowali swój dom w Radzionkowie. Jan odziedziczył pole po ojcu. Musiał mieć pole, aby zacząć naukę w Technikum Ogrodniczym. Taki był wymóg. Jan jednak nigdy nie założył własnego ogrodnictwa, ponieważ budował dom, a na dwie takie poważne inwestycje nie było pieniędzy. Wiedza ogrodnicza pozostała więc jako czysta teoria. Uprawiał pole po ojcu. Strzykałowie doczekali się czwórki dzieci: Krzysztofa, Andrzeja, Bogusławy i Magdaleny. Krzysztof i żona Bożena mają synów Roberta i Adriana. Andrzej ma żonę Ewelinę i syna Piotra oraz córkę Julię. Bogusława wyszła za mąż w Anglii za Achmeda i tam zamieszkali. Mieszka w Anglii. Tam skończyła studia. Pracuje jako tłumacz języka angielskiego i hiszpańskiego. Doczekali się córki Jasminy.

Krystyna i Tadeusz Maszczyszyn

Krystyna pracowała na kopalni Bobrek jako dyspozytor na przeróbce. Wyszła za mąż za Tadeusza Maszczyszyna. Po urodzeniu syna Sławomira podjęła o pracę w restauracji „U Letochy”. Obecnie udziela się charytatywnie w domu Jana Pawła II przy parafii św. Wojciecha. Jej mąż Tadeusz skończył studium pomaturalne i pracował jako zecer linotypista ( składacz ręczny i maszynowy) w wydawnictwie w Bytomiu a potem w redakcji RSW Prasa w Katowicach. Sławomir ukończył politologię na WSB (Wyższa Szkoła Bankowości), gdzie zrobił licencjat, po czym studiował na Uniwersytecie Ekonomicznym, w Katowicach, gdzie uzyskał tytuł magistra. Jest kawalerem do wzięcia.

Tadeusz posiada niezwykle zbiory. To roczniki czasopism, oprawione w grube okładki, bardzo wielkie i ciężkie. Czasopismo „Bluszcz” z carską cenzurą, Światowid, Panorama to już dzisiaj unikaty. Stanowią one skarbnicę informacji z czasów dawnych i są dumą właściciela.

Maria i Jerzy Bonieccy

Do chwili zamążpójścia Maria bardzo pomagała swoim rodzicom na gospodarstwie i w polu. Po wyjściu za mąż zajmowała się domem i dziećmi. Małżeństwo doczekało się dwóch córek Agnieszki i Anny, które dziś są już mężatkami. Agnieszka i Grzegorz mają córkę Wiktorię, zaś Anna ma córkę Monikę i Katarzynę.

Małgorzata i Antoni Bednarek

Pracowali w Ragorze, gdzie się poznali i pokochali. Uwieńczeniem miłości był ślub, a potem narodziny syna Dawida i córki Izabeli, których miałam okazję uczyć. Dawid został kierowcą, Izabela zdała maturę w Technikum w Ragorze. Oboje założyli już swoje rodziny i są szczęśliwymi rodzicami Tomka ( syn Dawida i Justyny ) oraz Agaty ( córka Izabeli i Sebastiana)

Osobista refleksja

Z rodziną Strzykałów wiążą mnie więzi dobrosąsiedzkie już od czasów dzieciństwa. Znałam ich dzieci, szczególnie Marię. Ciekawie było mieszkać obok gospodarstwa, na którym stale się coś działo: okres żniw, cieliła się krowa, prosiły się świnie, pojawił się nowy kotek czy piesek. Najbardziej podobały nam się małe koźlątka, które biegały po podwórzu. Zwożono zboże, słomę, siano, ziemniaki, kapustę. Obserwowaliśmy krowy i konia w stajni. Tylko trochę baliśmy się psa przy budzie. Choć Radzionków nie był wsią, ganek, prowadzący na plac Strzykałów był dróżką do innego świata. I to było wtedy cudowne. Czuło się zapach siana, zapach słomy i świeżo wydojonego mleka. Czuło się wieś… Wszystko u Strzykałów smakowało inaczej, było „swojskie”, okraszone uśmiechem gospodyni. Pani Anna obdarowywała nieraz swoich sąsiadów świeżymi jajkami, produktami ze świniobicia. Najbardziej jednak utkwił mi w pamięci smak…maślanki, świeżej i swojskiej, z kawałeczkami masła. Co to była za maślanka! Od czasów dzieciństwa nigdy nie miałam możliwości wrócić do tego smaku…Żadna maślanka nie smakowała nawet podobnie. Ot, fenomen gospodyni! Dziś mam okazję podziękować za tamte chwile, kiedy nieraz byłam jako dziecko gościem ich domu. I nie zapomnę słów mojej zmarłej mamy, która bardzo lubiła i ceniła panią Annę i zawsze mówiła do mnie : „Marysiu, spójrz na panią Annę, ona zawsze jest uśmiechnięta i zadowolona i nigdy nie narzeka, mimo, że tak ciężko pracuję”. Tak było i tak jest do dzisiaj, choć serce Anny jest schorowane już trzydzieści lat, na twarzy Anny wciąż pozostał ten sam uśmiech. Dziś Anna nie potrafi już pracować. Tęskni bardzo za pracą, szczególnie w przydomowym ogródku, gdzie zawsze hodowała piękne kwiaty. Siada często na krzesełku przy grządkach i…już tylko wspomina. Od niepamiętnych lat latem przed wejściem do domu można podziwiać przepiękny różowy oleander, który Anna pielęgnuje z wielką pieczołowitością i który kwitnie, jak nigdzie indziej, chyba tylko we Włoszech, bo tam można je spotkać przy drogach. Co jeszcze jest warte przypomnienia to fakt, że Anna z mężem nigdy nie była na wczasach. Dla nich to pojecie nie istniało. Dla nich wczasy to była praca na polu z „kopacką”.

Rodzina Strzykałów…

To rodzina silna wiarą, tradycją i poszanowaniem domu rodzinnego. To ludzie skromni, prości i gościnni i bardzo rodzinni. Pole i gospodarstwo to już tylko piękne wspomnienie, do którego chętnie wracają. Dom, wybudowany rękami ojca Stanisława stoi mocny, jak pomnik. Do niego zjeżdżają się wnuki i prawnuki, których Anna ma 18. Szkoda tylko, że z tamtych czasów Strzykałowie posiadają zbyt mało zdjęć. Nie było wówczas czasu na zdjęcia, kiedy każda chwila była ważna, by zająć się pracą w polu. Jednak barwne opowieści babci Anny i jej córek i syna zadośćuczynią ich brak, aby te piękne wspomnienia z ich życia, naznaczonego ciężką i mozolną pracą były ogniwem, który będzie wiązał kolejne pokolenia. Córka Krystyna wspomina ojca z łzą w oku. Najmilszymi wspomnieniami są te z pola, kiedy to po wykopaniu ziemniaków robiło się ognisko, piekło kartofle i śledzie. Tata Stanisław opowiadał wówczas różne historie, wspominał, wszyscy byli radośni i zadowoleni, przy smacznie upieczonym posiłku żartowano i śmiano się. Brakuje osoby ojca, bycia tutaj z nami. On zbudował solidny dom, nie tylko ten z cegieł, ale rodzinę- mówi Krystyna.

Dziękuję…

Za chwile rozmowy i podzielenia się ze swoim życiem z czytelnikami Głosu Radzionkowskiego dziękuję Krystynie, która bardzo chętnie przystała na moją prośbę i pani Annie, która mimo bardzo słabego zdrowia postarała się opowiedzieć mi historie swego życia. Podziękowanie składam Tadeuszowi i Sławomirowi, którego miałam przyjemność uczyć w gimnazjum. Na uwagę zasługuje zdanie Krystyny, że ojcu należy się przypomnienie o nim, jako o człowieku naprawdę bardzo pracowitym.

Rolnicze rodziny to rodziny związane z Bogiem i z pracą. One najlepiej wiedzą, że bez Boga nic uczynić nie można, one wiedzą, jak ciężko powstaje codzienny chleb i ile zachodu potrzeba, aby upiec taki bochenek. Warty wspomnienia jest fakt, że w domu Strzykałów piekło się chleb na zakwasie raz w tygodniu. Zanosiło się go do piekarni w słomiankach. Jego smak był wyjątkowy.

Kończy się nasza rozmowa. Z pokoju wychodzi Anna, by za chwilę powrócić. Przynosi bardzo zniszczoną książkę. Widać, że często była używana. Biorę ją do ręki. To Biblia z 1906 roku w języku niemieckim przeznaczoną dla młodych, bogato zdobioną obrazkami. To moja ulubiona książka- mówi Anna. Zawsze dawałam ją dzieciom, jak były zmierzłe. Oglądały ją

i …się uspokajały.

Maria Kielar-Czapla


Użyte znaczniki: